"archipelag" nr.12(27) Berlin Zachodni 1985 ISSN 0176-9820
Kategorie: Wszystkie | "KANALIZACJA"
RSS
wtorek, 12 października 2004

 Po trzydziestudwóch latach pracy w Zakładach Płytek i Wyrobów Sanitarnych mój ojciec przemienił się w klozet.
Rano matka powiedziała: Ojca nie ma.
Otwierałem lodówkę.
- Co to znaczy: nie ma? Zapytałem.
- Nie szarp; klamkę urwiesz, nowej nie kupimy, na zapisy, mleko na schodach, przecież mówię: nie wrócił z pracy.
Poczłapałem zaspany do drzwi, przez chwilę mocowałem się z łańcuchem. Zerwałem kapsel z butelki. Wróciłem do kuchni.
- Chciałam dzisiaj na obiad zrobić kluski na mleku - powiedziała matka dziwnie cicho. Wiesz, jak on lubi. Wciśnięta pod okno, między maszynę do szycia Singer, a stary stół z szufladą i toczonymi nogami. W szufładzie były numery totolotka, spisywane w słupkach, tydzień za tygodniem, w bordowym zeszycie, z którego wylatywały kartki pocztowe z pieczątką centrali totalizatora w Warszawie i życzeniami szczęścia w nowym roku, jedyna korespondencja, jaką ojciec otrzymywał.

Odstawiłem upitą butelkę, tak jakoś blisko blisko matki, na tę maszynę kupioną przed laty przez ojca, na której nigdy nie nauczyła się właściwie szyć, bo chociaż potrafiła coś tam obrąbić, czy nawet przeszyć, i maszyna nie cofała się, nie łamała igły, to jednak za każdym razem, gdy tylko próbowała cośkolwiek skroić, zawsze marszczyło jej się to później, było za ciasne, zbyt kuse, rozciągało się nie w tych kierunkach, które wskazane były na papierowych wykrojach zamieszczanych w pismach dla kobiet, i matka pruła wszystko, ostrożnie, kątem noża, w nadziei uratowania czegokolwiek z tych poszarpanych, wystrzępionych kawałków materii.
- Heej - ująłem ją z góry za ramię jak ojciec, gdy przymykając w tym ciepłym heej swoje jasne, niebieskie oczy, zapewniał, że to gazeta musiała się znowu pomylić i zamiast lewych powinna była matka brać prawe oczka, a najlepiej gdyby w ogóle się nie przejmowała tymi wzorami podawanymi przez gazety, bo przecież i tak nie mogą być one dla wszystkich dobre, a nawet w sklepie, choć wszystko jest ponumerowane, to i tak nie zawsze da się dopasować.
- Zrobisz coś innego - powiedziałem. I też mu będzie smakować.

Spieszyłem się, jak zawsze przed akcją, spięty, nie jadłem. Matka wysunęła się spod parapetu, poruszyła niepewnie wśród aloesów sterczących w oknie, poobrywanych przez ojca od dołu z dojrzałych, soczystych liści; żuł jeden dziennie, wieczorem, w czasie dziennika, siedział przed telewizorem i żuł, jak inni, co drugie okno na naszym osiedlu, większość pracowników ZPiWS, dawniej Zakładów Ceramiki "Natalin", każdy kto chciał wyciągnąć się z pylicy.
- Co to ma być? Happening, czy jak? Borowski niecierpliwił się, potrząsał z irytacją pękatym zeszytem, płócienne rogi, kartka w kratkę, podsuwał mi do oczu: - Wiesz przecież, że to wszystko musi przejść przez Wydział Kultury.
Z zeszytem nie rozstawał się od pierwszego dnia pleneru, nawet na jadalni kładł za widelcem, albo na stołku obok, jeżeli był wolny. I tak co roku, odkąd tylko; komisarz i niebieski zeszyt. Zmieniały się jedynie łacińskie cyfry na plakatach kolejnego Przemysłowego Pleneru Plastyków.
Przypisywano to naiwnej wierze Borowskiego w system; inni mówili o cynicznym się weń wpisywaniu. Nikt nie wspominał już o jego obrazach; po okresie czerwonym - dużych indywidualnych wystawach w ramach polskiej ekspozycji najpierw w Wenecji, potem w Sao Paulo - długo, długo nic. Po latach wysłał jakieś grafiki do Lubljany, akwaforty, czy akwatinty, rzadkie linie pogubione w rudych plamach, bez szans na zakwalifikowanie przez komisję.
Borowski wracał jednak ze swoim zeszytem jako temat - w taki sam naturalny sposób jak jesień - w rozmowach uczestników pleneru, w alejkach Parku Kultury i Nauki, gdzie mieścił się Ośrodek harcerski,  była kolejka linowa dla narciarzy, baza hotelowa, budynki i stołówka.

Matka wsadziła palec do ziemi, musiała sprawdzić, ocierała nad doniczką. Powiedział: Jeżeli go jeszcze nie ma, to znaczy, że znowu strajkują. I stojąc tak między maszyną, a stołem, podświetlona od okna, posiwiała, uciekająca wzrokiem na wciąż zajęte sobą dłonie, dodała szybko: Wtedy wszyscy byli z nimi; poeci, Wajda... Urwała i odetchnęła z ulgą. Zaczęła szukać w mojej twarzy zrozumienia.
Pomyślałem, że się starzeje.
Powiedziałem: Jeżeli ojciec nie wrócił, to pewnie dlatego, że został na drugą dniówkę. Każdy tak robi przed emeryturą, żeby podciągnąć średnią, z trzech miesięcy, ostatnich lat.
Nie znałem tych zasad, nie miało to dla mnie większego znaczenia. Wszelkie teorie wychodzące z założenia, że formy pracy nadają kształt społeczeństwom, przyjmowałem jako nowe dessous przemocy; żadne kodeksy karne, inkwizycje, sposoby hermetyczne, sposób na ikony. Nic. tylko wymiana, w genach i komórkach, w czasie i przestrzeni, tajemnic, wymiana zagadek masy i energii, myśli, pozdrowień i ukłonów dziecka. Biblia, jasne. Biblia i Gutenberg.
Matka pokręciła przecząco głową:
- Gdyby tak było, jak mówisz - powiedziała, to dałby przez kogoś znać.
- A dlaczego nie pomyślisz o czymś innym? Zapytałem. - Zwyczajnym: karty, koledzy z partyzantki...
Odrzekła: Weź chociaż chleb dla niego i papierosy. Poczekaj, dam ci obrazek z Papieżem; nie spałam, dziecko mi się śniło.

Dzieci, to na kłopot; raz się zdarzyło, że jestem dziewcznką, ze wszystkimi kobiecymi atrybutami, maleńką jak łupinka. Wchodzę do domku. Siadam. Zabieram się za jedzenie; trochę tego, trochę tego: bułka, jarzyna, warzywo. Nożykiem, widelczykiem. Z kubeczka. I rozłożyło, mnie, chłopa. Budzę się, w głowie ciemno, łożko jakieś małe. W nogach pokraka. Kurdupel, zgarbiony, w rękach książka, Podróże Guliwera, tytuł. - Ty, chcę powiedzieć, ale mózg rozpuszcza się w poduszce, wypuść mnie. Ale nic. Leże. Nie wiem, jak długo, że przychodzą inni, siedmiu, też wszystko takie małe, heinemedina. I już wiem, co w taki wypadku. Trzeba im tylko uświadomić, żeby chcieli zrozumieć. A najlepiej od razu, otwarcie: Sami widzicie, że w kupie nie jesteście kupą, a ja jestem myślą, która wam przyszła na myśl.

Ojciec urodził się w dwudziestym szóstym. Kiedy przyszło wyzwolenie, miał dziewiętnaście. Ktoś dał znać, że Rosjanie zabrali krowy i gnają z pruskimi na wschód. Sylwester poobwieszał się granatami. - Jak nie chcesz, to nie musisz, powiedział.
Przez las w kierunku Ortelsburga, niedaleko. Za Rozogami dały się słyszeć krowy, potem żołnierze na rowerach, trofiejnych.
Rosjanie doszli jakoś, a może dlatego, że wieś leżała zaraz przy samej granicy, bo za tych sześciu spędzili wszystkich na plac u Jagody, oficer chodził w polskim mundurze, a tyle po polsku rozumiał, że ta maszynka cię dzisiaj rozpierdoli. I cały dzień trzymali pod karabinami, twarzą do ziemi, bez ruchu, że kto nie mógł, ten robił pod siebie.
Późńniej stale szarpali ojca o te krowy, nawet po amnestii. Chcieli koniecznie wiedzieć, czy poszedł z tamtym.
Ożenił się i wyjechał na Sląsk.

- Pański ojciec jest jednym z naszych najstarszych pracowników. Stażem, oczywiście - dyrektor Bogucki podsunął kieliszek z koniakiem, zatopił się we wspomnieniach. Błogo i mrówki po ciele do gardła.
- No, tak - przejechał dłońmi po twarzy, ściągnął na szczęki skórę, której nie wiedzieć kiedy aż tyle urosło pod palcami. razem zaczynaliśmy. Nie - poprawił się. Pański ojciec przyszedł dopiero w czterdziestym dziewiątym, jakoś tak, sześciolatka. No, ale ścigaliśmy się razem. Nasze zdjęcia nie schodziły z gabloty; zobowiązania, ponad plan, rekordy. Póńniej była ta akcja, wiecie: robotnicy na dyrektorów; złośliwi przygadywali: nie matura, lecz chęć szczera, zrobi z ciebie magistera, skierowano mnie do szkoły. Ojciec jakoś się nie załapał; nie wiem, o co poszło. Nie mówił. No, ale załoga za nim, za każdym razem. Zawsze go do czegoś wybierali, teraz też - mężem zaufania. A my tu mamy problem i ktoś go musi załatwić, przekonać ludzi. Nie ma prostych rozwiązań, czarno na białym, bezboleśnie, tak czy tak. Rzeczywistość jest bardziej skomplikowana, niż nam się to kiedyś wydawało. Chodzi o to, że nie wszyscy chcą to zrozumieć. Ba! Są nawet tacy, czytałem ulotkę, co mówią, że nie ma Polski, tylko PRL, biorą to w cudzysłów, albo piszą małymi literami i odmieniają: pereelu jak pegeeru. A jak to może nie być Polski? A na mistrzostwach świata w Monachium, kto zajął trzecie miejsce? A w Hiszpanii, w osiemdziesiątym drugim? A co jest na złotówce? Nowotko, zgoda. Ale z drugiej strony? Orzełek! Taki sam, jakiego Boniek miał na koszulce, i Polska Rzeczpospolita Ludowa, napis.
My ojca szanujemy, on musi do nich przemówić, wytłumaczyć: albo przychodnia zdrowia, albo szkoła, coś muszą wybrać, dwie sroki za ogon nie idzie, nie zbudujemy, a na mieszkania trzeba będzie po prostu poczekać. Nie ma środków, mocy przerobowych,sankcje, wszystko wstrzymane. Z pustego Partia też nie naleje.

Napomknąłem nieśmiało, że ojciec, emerytura.
Dyrektor przerwał: Wystąpiłem o krzyż! Chlebowy! Ze swoich bym dopłacił, gdyby co do czego, ale prawdę mówiąc... zawiesił głos - to mnie jest żal takiego robotnika, i w ogóle jestem przeciwny tej ustawie o dobrowolnym odchodzeniu. Myśmy się zżyli jak jedna rodzina.
- No, proszę - zaczął z nowym ożywieniem, co oni teraz wymyślili: idę po wydziałach, a ten przy maszynie. - Co ty tu jeszcze robisz? pytam; rano cię widziałem. A on, że tak się umówili, z tymi na innych zmianach, żeby się zmieniać o godzinę wcześniej, żeby im nie szło się po premii przejechać.
Istotnie od pewnego czasu ojciec wychodził o godzinę wcześniej, zaś kiedy miał na rano, to autobusy ruszały o piątej, dopiero w tę, a nie w tamtą stronę, więc na piechotę. Budzik ustawiał na trzecią.
Skupienie, z jakim wykonywał tę czynność, pełne wewnętrznego spokoju, przenosiło ją w szczególny wymiar, w sąsiedztwo objawień i szlachetności pouczającej, że nie wolno poddawać ich w wątpliwość. Chyba też właśnie dlatego nie odważyłem się nigdy zaproponować, że przecież mogliby wymieniać się dzisiaj na jutro, na dzień wcześniej. I chyba także dlatego ojciec nie odpowiedział mi tym łagodnym i szerokim spojrzeniem, że dyrekcja wstrzymała im ostatnio wypłatę chorych dniówek, i że nazwano to bodźcami, moralnością optymistyczną, czy jakoś tak.

Dlaczego w Polsce nie ma prasy bulwarowej? Dlaczego człowiek nie może przeczytać: Najtrudniejsza decyzja matki. wyłączcie tę maszynę. Pozwólcie mojemu dziecku umrzeć. Siedmiolatek ofiarą okropnego wypadku. Wjechał rowerkiem pod auto. Kierowca uciekł zostawiając ciężko ranne dziecko na jezdni. Matka dowiedziała się w szpitalu strasznej prawdy: Musi pani być dzielna. Chłopak ma tak poważne obrażenia głowy, że nie obudzi się więcej. Pozostanie na zawsze w śmiertelnym i mrocznym śnie. Usłyszała też od lekarzy: Nikt nie może wyręczyć pani od podjęcia ciężkiej decyzji. Czy nadal mamy sztucznie utrzymywać pani dziecko przy życiu, czy też powinniśmy wybawić je od bólu?
Dlaczego człowiek nie może zwyczajnie zadumać się nad decyzją tej kobiety? Dlaczego musi zaraz głupio pytać o rzeczy, których nie ma w tekście, na przykład: Ile kosztuje godzina pracy takiej maszyny, i czy sensacja musi wyprzeć informację?
Dlaczego nie może zwyczajnie przeczytać swojej gazety, wyprowadzić psa, wyjść na piwo, wrócić na kolację, włączyć telewizor, zdjąć buty, otworzyć szafę, wybrać - co niemodne - do wora, wystawić przed dom, na chodnik, popatrzeć na inne, po drugiej stronie, takie same, z czerwonym krzyżem, karteczką: Pomoc dla Polski?

Dyrektor Bogucki nie spieszył się z powrotem do obowiązków, moje najście było mu wyraźnie na rękę: miał okazję odetchnąć.
Chodziło o klozety. Dwanaście sztuk. Wszystko miałem na papierze, z pieczątką Rady Programowej pleneru, podpisem komisarza; Borowski dziwił się, że chcę to osobiście, wyjaśnienia na temat trudności z wyznaczeniem granic działania artystycznego traktował jako zwyczajny upór.
Dyrektor napełniał kieliszki: - Za pomyślność, za artystów, za Sztukę (przez duże S!), do dna.
Chodził po gabinecie w koszuli ZMP, ściskał ojca, podawał do uściśnięcia dłoń, potrząsał. To znowu zachęcał do złożenia samokrytyki, jeździł po premii, szczypał.
Opowiadał o kłopotach z wykonaniem planu na Szlamowni, o chorobie żony, rak piersi, o pani Marysi z Działu Zbytu, i agentach przysyłanych do Zakładów przez milicję; - Nie prześwietli.
Słuchałem go wrzucając jedynie od czasu do czasu krótkie: Pewnie, święta prawda. Albo otwierałem szeroko oczy, dziwiłem się: No i co pan na to?
Dyrektor schował krawat do szuflady, podwinął rękawy koszuli, marynarka wietrzyła się w rogu, za kołnierz. Tasiemka urwana, nie było komu, żona po amputacji, gdzieś wyczytała o silikonie i chce to plastycznie.
Rozdrapywał, wyciągał na wierzch to, co zwyczajnie staramy się przesłonić jak dziurę w spodniach.

Mówił, a z każdym drobiazgiem, słowem tracącym cechę intymności czułem, że staję się dla niego kimś coraz bardziej bliskim i potrzebnym. Siedziałem więc milczący i niezbywalny, rozparty jak strategia konersacji u księdza za uchem, w konfesonale.
- Sluchaj! Zaatakował gwałtownie; nie wiem, czy znał moje imię. Musisz przekonać ojca, bo nie chce grać w oldbojach. W niedzielę mecz z kopalnią, nie możemy składu wystawić, dwóch brakuje.
Odezwałem się: Ojciec nigdy nie grał w piłkę, ma pylicę, po zawale, artretyzm, żeby tylko wytrzymał do renty.
- A ja, to co? Dyrektor nie ustępował. Też mnie gicht łapie. A wątroba? Lepiej nie mówić.
Nagle ożywił się, podjął decyzję. Zakomunikował: Ty namówisz ocja, a ja już dziś te klozety, ile tam chcesz, z produkcji, czy magazynu, wszystko jedno. Wpisze się do przerobu, na budowę Centrum Szkolenia Partyjnego, tam nie tyle poszło, się nikt nie doliczy.
Powiedziałem, że nie trzeba, że mnie chodzi o odpady, mogą przepuszczać, pęknięte, że tak jest w podaniu. Pokazałem palcem.
Dyrektor spoglądał na kartkę przez okulary trzymane w dłoni, od niechcenia:
- Stłuczki, zawsze się tak pisze.
- Nie, nie - pokręciłem przecząco głową. Stłuczki, stłuczki; mogą być nawet fragmenty, małe kawałki, na wagę, jak leci, same słowa, żeby się z tego coś dało, takie pragnienie ładu, to musi przecież dojrzewać w pomieszaniu, taka potrzeba jedności, syntezy, a tu poplątanie, dezintegracja całkowita, czeski film, to każdy chciałby do siebie, coś ulepić, co by na pewno miało jakąś wartość, i dało siŁ nazwać, choćby dążeniem do źródeł nadziei.
Dyrektor Bogucki wycierał pot z czoła, przecierał okulary. - To, co my? Sapał. Ten, tego? Stłuczki.
Szkła parowały. Nic nie rozumiał. Tyle forsy, szwajcarskie i na nic.

poniedziałek, 11 października 2004

W kierunku Rynku coraz tłoczniej, trudno wymijać; potrącałem, sam byłem szturchany. Nikt nie przepraszał, było zbyt ciasno. Zwyczajnie, gdy zbiera się tłum.
Ludzie ciągnęli po obu sronach jezdni, tramwaje dzwoniły, hamowały, grzązły, otwierały drzwi, wypuszczały nowe grupy ludzi, dla których ni9e było miejsca na chodnikach, stawały w łańcuszku, żółto-czerwonym, do dworca.
Na rogu Młyńskiej zagotowało się w tej ciżbie. Czyjeś ramię przyparło mnie do wtryny Międzynarodowego Klubu Prasy i Książki. Za szybą spokój, fotele, kwiaty, przestronnie, herbatka, cytronada, papierosy, klubowe, na kartki, ale jednak.
Sprężyłem się, wygiąłem do tyłu, żeby nie dziobnąć głową w to wszystko.

 Za plecami ten łokieć czy ramię na karku i podniesiony, męski głos domagający się porządku. To niemoralne: mięso dla psów, kiedy nie starcza dla ludzi.
Jakaś kobieta nawoływała histerycznie: Azor! Azor!
Ten sam, męski głos podpowiadał potrzebęradykalnych rozwiązań: Kamulki do nóg i do wody.
Ktoś inny - sądząc po głosie: pułkownik - wyznawał, że on to z obywatelem zawsze po ludzku.
Po tamtej stronie prelegent poruszający niemrawo ustami. Kilka osób pragnących dowiedzieć się czegoś o świecie. Neues Deutschland, Prawda, Rude Prawo. Prelegent gestykulował, zapewne cytował, dawał przykłady; słuchacze, zmęczeni przeciągającym się kryzysem, szukali trzeciej, polskiej drogi dla tradycyjnych wartości kultury europejskiej.
Cofnąłe głowę, zbierałem się cisnąłem powoli do tyłu, coś ustąpiło, trochę lżej, jakby. Szarpnąłem, wyrwałem gwałtownie w bok.
Pod Ratuszen nic pewnego; mówiono, że podobno mają coś przywieźć, zapisywano chętnych, pragnących coś kupić, powstawały Komitety Pilnowania Kolejek w Kolejkach. Dla pewności zapisywano się wszędzie.
Nagle ktoś krzyknął: Jadą! I na Rynku pojawiła się ciężarówka, trąbiąc, z transparentami, na obu burtach, jak za Stalina: CIAŁO ARTYSTY.
Zatrzymała się przed kościołem. Z szoferki wysiadł Borowski i zaczęliśmy ściągać klozety. Dwanaście. W styropianie. Sterylna biel. Tylko znaczek firmowy na każdym błękitny, z przodu. Słoń z zadartą do góry trąbą i literkami u dołu: ZPiWS.
Kierowca pomagał, wskoczył na pakę, żeby szybciej.

 Tłum gęstniał, przemieszczał się w naszym kierunku. Wszystko już było na dole. Borowski zbierał z ulicy kawałki styropianu, odkładał na kupkę, z boku, dla porządku, do końca nie rozumiał, jak mi to mogło przejść przez Komitet.
Ustawiałem klozety, pięć na osiem; tłum szemrał, robił jednak miejsce.
Z tyłu, skąd jak zawsze nic nie widać, krzyczano: Dawać po jednym! Wszystkim musi starczyć!
Borowski wziął się za sprawdzanie podpisów na listach.
Napięcie podnosiło się, dla wszystkich było już oczywiste, że tego stanu nie da się dłużej utrzymać, że to nie potrwa. Mówiono: to musi pierdolnąć!
I wtedy wynurzyły się z tłumu jasne, niebieskie oczy, tak jakoś zaraz nade mną.
- Co ty tu robisz? - Zapytałem, lecz nie wiem, czy dosłyszał ponad głowami, bo przecisnął się przez tłum i zaczął tłumaczyć z ożywieniem, że nie wrócił po pracy, bo on to robi dla mnie; wszyscy widzieli Boguckiego na Sztancowni, znowu chodził, przebierał, żeby bez skazy i glazura równo. - A ty nie myślisz o przyszłości.
Więc wyciągnąłem z kieszeni chleb i powiedziałem: Masz, to dla ciebie, zapisz się gdzieś, na jakąś listę, najlepiej nową, zaraz tu będzie milicja.
Ludzie od pilnowania kolejek w kolejkach przekrzykiwali się nawzajem.
To nie mogło być dziełem przypadku, te języki ognia, bo ukazały się jednocześnie nad wszystkimi i każdy widział, że ogień pojawił się, a nie - został podłożony.
Pełne zaskoczenie. Płonący Krzyż. Klozety.
Po chwili jednak część ludzi wyrwała się z osłupienia, rzuciła ratować, marynarkami, żeby odciąć dopływ tlenu, z poświęceniem, jak w telewizji: usta - usta.
Inni zaczęli znowu krzyczeć, że tamci chcą wynosić. Zeby nie dawać. Albo wszystkim, albo nikomu.


Słychać było czyjś płacz, urywany, zduszony.
Samochody wjechały na sygnale, pełnym gazem. Jeszcze w trakcie jazdy wysypali się z nich zomowcy. W kaskach na głowach, z tarczami i pałami dłuższymi niż zazwyczaj. Włączono armatki wodne.
Nikt nie wiedział, co robić. Nawoływano, żeby nie dać się sprowokować. Trzymano się kolejności w kolejkach. Wymachiwano spisami nazwisk, alfabetycznie. Odwoływano się do moralności i podpisanych porozumień.
Korzystając z zamieszania milicja przygotowała frontalny atak. Rynek ostrzelano pociskami z gazem łzawiącym, zajazgotał karabin maszynowy.
Tłum skandował: Solidarność, i Gestapo. Na zmianę.
Prelegent zaczął coś bełkotać o wyczerpywaniu się energii społeczeństwa opartego na pracy i został skrytykowany za odczodzenie od tematu.
Jakiś cwaniak chciał wykorzystać zamieszanie, nie płacić za toaletę, wyjść. Portier zastąpił mu na szczęście drogę.


Leżałem na jezdni. Powalony, twarzą do ziemi. Wracałem do przytomności; tępy ból z tyłu czaszki. W środku same kawałki, pojedyncze obrazy: ojciec, jakaś aparatura medyczna, monitory kontrolne, wysoki, przerywany sygnał.
Dzwignąłem głowę. Woda zabarwiona na różowo ściekała do studzienek kanalizacyjnych. Kamienie, łuski, kawałki wszystkiego, piana. Rynek tonął w gazie.
Spróbowałem rozprostować skręcone ramię. Ból, teraz ostry, gwałtowny, przeszył kark, wybuchnął pod czaszką oślepiającą rakietą. Szarpnęło, rozcięło zagazowane źrenice.
Zamajaczyła w zaciśniętej dłoni biała plama - oczy powoli oswajały się z rzeczywistością - przechodziła w błękit, fabrycznie nowy, wypalony kaolin z konturem słonia, literki były rozmyte.
Słoń także się rozpływał. Zwiesił trąbę wpatrzony w murawę. Z boku rozchodziły się klozety, jeden za drugim, jak w telewizji, z dunastu kamer, spod sztancy, jednakowe; te z tyłu rozjeżdżały się, zachodziły na te z przodu, falowały, robiły się większe, to znowu ginęły, mniejsze.
Musiał wybierać: boisko, czy bramka. Moneta zawirowała w powietrzu, żeby zatrzymać się, znieruchomieć na moment w najwyższym punkcie jak dolar na kowbojskim filmie.
Wśród łusek po gazie, kamieni, całego tego fajansu - tłukł ziemię skrzydłami orzełek.

Stefan Kosiewski
Frankfurt am Main 1985

http://archipelag.blox.pl/html/1310721,262146,21.html?325698

Ostatnie wpisy
Zakładki:
EU-Fotos
FREUNDE - PRZYJACIELE
IN POLEN - W POLSCE
KOSIEWSKI
Księga - Gästebuch
KULTUR
LITERATUR
Narodowi socjaliści - komuniści - inne
NASZE - UNSERE
POLONIA i Polacy za granicami RP
SOWA
SOWA RADIO
SOWA VIDEO
UNIA & POLSKA
YES - POLAND
www.flickr.com
stefan_kosiewski pod ochroną prawa - unter dem Denkmalschutz * 41- 250 Czeladź, Polen photoset stefan_kosiewski pod ochroną prawa - unter dem Denkmalschutz * 41- 250 Czeladź, Polen photoset

Grab this swicki from eurekster.com

Pisz swój dziennik w Internecie